Polecane

Zbiornik #8 czyli nowości majowe i czerwcowe bo tak mi różowo

Dzisiaj mam dla Was zbiór nowości z maja i czerwca oraz polecajki do poczytania i pooglądania. Z opóźnieniem ale to u mnie już normalne 😀

Moją absolutną obsesją w maju stały się przekąski typu panini. Trafiłam na tą kanapkę przez przypadek,  byłam bardzo głodna,  a w kawiarni w której byłam umówiona z koleżanką nie było nic innego co wyglądało dla mnie na jadalne.  Spróbowałam więc i to jest to. Jem je co wieczór i ciągle  wprowadzam inne dodatki. Jednak mozzarella i rukola muszą być. To podstawa. Jednym słusznym dodatkiem wydaje się póki co  boczek. #teamboczek i tyle. Co gorsza w swój nałóg wprowadziłem Chomickiego i chyba będę miała na sumieniu nie tylko swoje nadprogramowe kilogramy.


Zabawne jest to,  że wcześniej wręcz nienawidziłam rukoli. Wydawała mi się obrzydliwa. Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez niej. Liczę na to że suma pozytywnych właściwości wszystkich składników,  których używam do robienia panini będzie równoważyła ich wady 😁

Zaczęłam zabawę w ogród na balkonie. Planowałam już jakiś czas temu,  że spróbuje posadzić poziomki bo uświadomiłam sobie jak  rzadka jest to roślina. Ostatni raz jadłam poziomki na działce moich dziadków jako kilkuletnie dziecko. Od tego czasu nigdzie się z nimi nie spotkałam. Nadal mam też fazę na nalewki i taka poziomkowa to ciekawa sprawa. Problem w tym że od razu zjadam to co mi na krzaczkach wyrośnie....


Pomidory pojawiły się w zasadzie przypadkiem bo moja mama dostała szczepki i nie bardzo miała co z nimi zrobić. Wzięłam bo uznałam, że czemu nie. Posadziłam. Podlewam. Patrzę jak rosną ale pomidorów na razie brak. Krzaczki za to są całkiem ładne i przyjemnie pachną. Szklarnią - a ten zapach kojarzy mi się przyjemnie z dzieciństwem.

Zaczynam się poważnie zastanawiać nad zasadzeniem rukoli, skoro tyle jej pochłaniamy, ale w tym roku już chyba za późno. Muszę się bardziej zaznajomić z tematem.

Po raz pierwszy na moim blogu pojawił się haul zakupowy. Wcześniej unikałam tego rodzaju postów bo nie wydają mi się specjalnie ambitne. Uznałam jednak, że skoro ja sama z taką przyjemnością czytam lub oglądam haule niektórych blogerów/vlogerów, to może kogoś zainteresuje i mój. Napisałam. Post śmiga i ma całkiem fajną liczbę odsłon, więc za jakiś czas powrócę do tematu.

Skoro już tak zaszalałam z tematyką, to przyznam Wam, że zbieram produkty do projektu denko 😀 Blogerka urodowa czy kosmetyczna to ze mnie nie będzie na pewno ale szukam ciągle ciekawych  mazideł, więc może komuś coś u mnie wpadnie w oko. Warto spróbować. 

Tyle to w maju, przejdźmy do czerwca.

Kuchnia indyjska nigdy nie znajdowała się w moim kręgu zainteresowań bo nie pachnie dla mnie apetycznie. Nie wygląda zresztą też. Któregoś dnia jednak postanowiliśmy z Chomickim odwiedzić pobliską knajpkę, która prowadzona jest przez hindusa i słynie z dobrego jedzenia więc skacząc od razu na głęboką wodę zamówiliśmy dania typowo tradycyjne.


Zjedliśmy. Przeżyliśmy ale nie widzę szansy na powtórkę. W kuchni indyjskiej używa się tak wielu przypraw, że aż mi to przeszkadza. Jestem prosty człowiek, wychowany na kotletach z ziemniakami i nie lubię kiedy w daniu za dużo się dzieje. Prostota jest dla mnie kluczem do szczęścia. 

W czerwcu właśnie zebrało mi się na większy kryzys i po intensywnym główkowaniu i szukaniu drogi, którą chcę iść, stwierdziłam, że jedynie maksyma ''Miej wyje*ane, a  będzie Ci dane'' ma sens. Mam skłonność do przejmowania się za bardzo, angażowania ogromnego zasobu emocji i szkodzi mi to zwyczajnie. Świata nie zmienię, nie pomogę wszystkim dookoła, nie naprawię tego co nie działa, nie przeskoczę głupoty niektórych, świadomość tego jest orzeźwiająca i  staram się nie tracić jej z oczu bo tak łatwiej mi się żyje. 

Pamiętam jak mój kolega po bardzo nieudanym związku, po utracie obiecanej pracy, dla której wszystko postawił na ostatnia kartę, po posypaniu się przyjaźni, którą uważał za ważną dla siebie, po prostu rzucił to wszystko i wyjechał do innego kraju. Uznał, że nie będzie się już przejmował i teraz jest szczęśliwym człowiekiem. Jest uśmiechnięty, a nie udręczony jak kiedyś. Kocha i widać, że jest kochany. Nie ryzykował niczego, a zyskał bardzo wiele. Myślę, że to naprawdę dobra postawa.

W ramach odpędzania kryzysu moje włosy zmieniły kolor na różowy 😀 Wściekle różowy. Płukanka zmieszana z odżywką dała przepiękny, nasycony kolor, który w dodatku genialnie się zmywał. Z pewnością jeszcze do tego różu wrócę bo dobrze mi z nim było i w środku i na zewnątrz. 


Kolejnym krokiem był powrót do tego, co mnie relaksuje czyli do kolorowania. Powrót po naprawdę długim czasie bo więcej niż roku. Mam w domu sporo albumów z kolorowankami ale tylko mandale dają mi ten potrzebny relaks i udało mi się znaleźć w sieci mnóstwo darmowych wzorów. Nie koloruję godzinami, jak kiedyś ale poświęcam na to kilkanaście minut raz na jakiś czas i bardzo mi z tym dobrze. 


W ramach eksperymentów włosowych jeszcze, zaczęłam stosować olejek na porost włosów Andrea. Post na ten temat pisała już Ania z bloga aniamaluje.com i dzięki niej w ogóle dowiedziałam się o tym olejku. Sama nie stosuję go tak rygorystycznie, zresztą teraz miałam prawie 10 dniową przerwę ale będę chciała napisać o tym osobny artykuł, kiedy już będę miała konkretną opinię.


Z nowości to na tyle. Wszystkie dały mi sporo radości i przyjemności więc uważam te dwa miesiące za satysfakcjonujące pod tym względem.


Oglądane

Kilka dobrych lat temu, kiedy dopiero odkrywałam kanały urodowe czy lajfstajlowe na YT, trafiłam na Rock Glam Princess, którą uznałam za ciekawą postać po czym znudziłam się jej ciągłym gadaniem o Yankee Candle. Wydawała mi się osobą skupioną na konsumpcji, monetaryzującą swój kanał i bloga aż do przesady i przestałam ją obserwować. Po czasie odkryłam, że kręci vlogi. Po bardzo długim czasie bo kręciła je już sama, a ja ciągle nadrabiałam zaległości z tych, kręconych z jej rodziną. Nadal razi mnie przesyt kupowania, kupowania i kupowania ale jestem świadoma, że Laura pokazuje tylko ułamek swojej prywatności i jest to też jej sposób na zarabianie, więc nie neguję tego i z ciekawością oglądam codziennie nowe odcinki. Polubiłam ją za brak oporów przed pokazywaniem się bez makijażu i w cięższych momentach. Za to, że przyznaje się do słabości i wad. Fajna z niej babka i życzę jej naprawdę mnóstwo szczęścia.

Czytane

O tak, tu się działo. Tym razem dwa słowa: Katarzyna Puzynska. Jak to się stało, że dopiero teraz sięgnęłam po jej książki? Nie mam pojęcia ale uważam, że dobrze się stało bo niedawno wyszła 9 część serii o Lipowie i nie wiedząc co się w niej wydarzy, chyba by mnie cholera wzięła na koniec tomu 8. 


Kaśka pisze tak, że nie da się oderwać od czytania. W dodatku łamie stereotyp wyglądu naszych polskich pisarek i zamiast rozwianych loków ma krótką, blond fryzurę, a zamiast długich spódnic i kamizelek ma genialne tatuaże z Muminkami. Jeśli nie znacie jej twórczości, radzę się zapoznać bo dawno nie czytałam tak dobrze napisanych kryminałów. Chociaż głównemu bohaterowi nie raz miałam ochotę dać w pysk i kazać się ogarnąć. Polecam też instagrama autorki.

Klikane

Jedyne co wyklikałam to noclegi z Airbnb w naszej wyprawie a'la Griswoldowie. Nic ciekawego 😀

That's all falks.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu

Komentarze

Popularne posty