Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Poza blogiem jest fajnie

Jakiś czas temu słuchałam podcastu Michała Szafrańskiego, w którym padło stwierdzenie, że jeśli bloger nie ma nic z prowadzenia bloga to traci motywację i najczęściej przestaje prowadzić bloga. 
Prawda.
Ja z prowadzenia bloga nie mam absolutnie nic i bardzo długo mi to nie przeszkadzało w jego prowadzeniu. Założyłam go z potrzeby pisania i dlatego trwał przez cały czas. Może się wydawać, że pisanie postów i prowadzenie bloga to nic takiego ale dopiero ten, kto sam spróbuje, wie że wymaga o sporego zaangażowania.
U mnie zaangażowanie bez motywacji nie występuje. Prawdą jest, że sama nie przykładałam się do rozwoju tego miejsca tak, jak teoretycznie powinnam. Ale! Blog nigdy nie był moim planem na życie. Nie wiązałam z nim rozwoju zawodowego czy planu na osiągnięcie jakiegoś dochodu. Nie spinałam się z powodu statystyk, nie próbowałam tworzyć zaangażowanej społeczności. Nie zamierzam tego robić nadal, a blog zostanie. Pisać będę ale tylko wtedy, kiedy odczuję taką potrzebę. Jeśli ze mną zo…

Hity i kity kosmetyczne 2017 roku

Z reguły nie piszę o kosmetykach bo uważam, że jest wystarczająco dużo blogów na ten temat. Miniony rok był jednak dla mnie czasem testowania nowych produktów i chce Wam opowiedzieć o perełkach, które weszły na stałe do mojej kosmetyczki i produktach, które mnie okrutnie zawiodły.



Na początek będzie miło i zacznę od odżywki do rzęs 4 Long Lashes. Wspominałam Wam o mojej przygodzie z zagęszczeniem rzęs, która zakończyła się alergią i pośpiesznym ściąganiem tychże. Po tym epizodzie moje naturalne rzęsy nie wyglądały dobrze, całkowicie z mojej winy bo postanowiłam sama zdjąć doczepione zamiast udać się do specjalisty. Zachęcona poleceniem koleżanki i widocznym efektem na jej rzęsach kupiłam odżywkę 4 Long Lashes. Miałam szczęście bo w Hebe była promocja i zapłaciłam sporo poniżej normalnej ceny co jest istotne bo niestety nie jest to tani produkt. 

Ile by nie kosztował jest warty każdej złotówki. Już po 5 dniach widziałam efekty, po 10 moje rzęsy wyglądały dobrze jak nigdy. Połamane odrosły i razem z pozostałymi stały się wyraźnie grubsze. Niesamowite dla mnie było to, że w miejscu gdzie od zawsze miałam przerwę w rzęsach, wyrosły mi nowe :) 
Po 2 miesiącach odkąd nie stosuję już tej odżywki, efekt nadal się utrzymuje. Jestem bardzo zadowolona i polecam gorąco. 

Hit numer dwa czyli balsam do rąk o zapachu goździka z Yope. Balsam cudownie nawilża i regeneruje suchą skórę. Jest dla mnie idealny na zimne dni bo to bardzo trudne warunki dla moich dłoni. Do tego ten obłędny zapach 😍 Na początku mnie drażnił, teraz nie wyobrażam sobie dnia bez niego. Nie wiem czy latem nie będzie mi to jednak przeszkadzało bo to naprawdę intensywny zapach, który nie każdemu będzie odpowiadać. 

Tym razem nie z polecenia tylko z przypadku, pasta do zębów Himalaya Sparkling White. Niesamowicie mnie zaskoczyła i teraz już z pewnością nie wrócę do zwykłej, drogeryjnej pasty. Poza tym, że zdrowa i smaczna to jako jedyna autentycznie wpłynęła na wygląd moich zębów. Z natury mam ciemną kość i moje zęby nigdy nie były i nie będą (chyba, że potraktuję je agresywną chemią na co nie mam ochoty) białe. Próbowałam wielu past wybielających z których każda podrażniała mi zęby a niewiele robiła. Himalaya nie podrażnia bo ma naturalny skład i nie posiada fluoru. Zęby są widocznie jaśniejsze czyli sukces pełną gębą.

Koniec przyjemności, przechodzimy do kitów.



Pierwszy i główny to My Power Elixir z Miya. Reklamowany jest co najmniej jak lek na raka, skład ma super więc postanowiłam spróbować. Już na wstępnie nie spodobała mi się konsystencja ale dałam mu długą szansę. Naprawdę długą. Zużyłam prawie całe opakowanie ale w końcu się poddałam bo moja skóra nie wyglądała dobrze.

Być może jest to kwestia składu właśnie. Od zawsze wszelkie olejki, oliwki i inne tłustości działały na mnie źle. Wysuszająco i podrażniająco. Nie wiem na co liczyłam tym razem. Chyba poleciałam na reklamę. Tymczasem nie dość, że skóra była po nim ogromnie tłusta, przetłuszczały mi się też włosy, które w nocy były blisko twarzy co jest dla mnie bardzo dużym minusem. Nawilżenie początkowo dobre po czasie się pogarszało, aż do stanu, kiedy musiałam ratować moją skórę bo wyglądała jak pergamin. To właśnie spowodowało, że zrezygnowałam i nie powrócę już do kremu Miya.

Drugi bubel to tonizujący płyn micelarny z AA. Firmie AA jestem wierna od wielu lat ale tym produktem bardzo mnie zawiedli. Podrażnia skórę, oczy pieką po nim jak szalone, makijaż zmywa średnio, a ja nie noszę pełnego makijażu, tylko naprawdę bardzo lekki. Płyn ma nawilżać bo jest zgodny z fizjologią skóry, cóż, najwyraźniej nie mojej. Poważna skaza na idealnym dla mnie do tej pory wizerunku AA.

To by było na tyle. Testowałam o wiele więcej produktów ale nie każdy zapisał się w mojej pamięci jako coś wyjątkowego. Staram się coraz bardzie otwierać na nowe firmy i nie przywiązywać się za bardzo do jednego produktu. Zupełnie nieświadomie zaczęłam zmierzać w stronę bardziej naturalnych kosmetyków, powoli odstawiając wszystkie z niedobrym składem. Czuję że to dobra droga, bo moje ciało jest z tego zadowolone.

A jak jest u Was? Testujecie nowości czy trzymacie się wiernie swoich ulubieńców? Wolicie naturalne kosmetyki czy te z dużą zawartością różnych E? Dajcie znać bo jestem bardzo ciekawa jak to jest u Was.


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.


Komentarze

Popularne posty