Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Zbiornik #7 i nowości kwietniowe czyli poobijane kolana i tenorzy

Kwiecień trwał dla mnie wyjątkowo długo. Pierwszy raz od dawna czuję,  że dobrze wykorzystałam swój czas. I to dobrze bo początek maja okazał się mało łaskawy i wredne choróbsko na tydzień wyłączyło mnie z życia. Wszystkie plany runęły, energia zniknęła,  a mózg zamienił się w watę.

Pisałam Wam o swoim słomiany wdowieństwie. Pierwszy raz byłam tak długo sama i wiem jak dziwnie to brzmi w przypadku kobiety trzydzieści plus. Niemniej nadszedł ten moment i stwierdzam, że jednak bym przeżyła sama ale nie chcę. Druga osoba zmienia całkowicie dynamikę domu i jestem w stanie tolerować okruszki w kuchni.

Te kilka dni odsapnięcia od bycia Panią Domu naprawdę świetnie mi zrobiło i każdej z Was to polecam. Taki detoks od gotowania, sprzątania i zajmowania się kimś choćby w najmniejszym stopniu. Ja i tak mam bardzo dobrze bo z Chomickim wszystkie obowiązki dzielimy na pół, a prasowanie na przykład to tylko jego domena. Ja się tego parującego narzędzia tortur dla drobiu domowego nie ty…

Nowe w... sierpień 2017

Od razu do meritum, bez gadki szmatki.

1. Pierwszy raz w życiu jadłam sushi. Jakoś do tej pory miałam pewne obawy. Bo surowa ryba. Bo glony. Bo drogo. Bo bo bo. Dużo tych bo było. W końcu stwierdziłam, że mam te bo gdzieś i próbuję.
W pierwszym momencie uznałam, że nawet mi to sushi smakuje ale nie sądzę, żebym chciała jeść je częściej.
Teraz nie mogę przestać o tym myśleć.


2. Kosmetyczne szaleństwo czyli totalnie popłynęłam. Nie mam pojęcia skąd to się u mnie wzięło tak nagle. Totalne przeciwieństwo mojego minimalizmu. 
Kiedyś, lata temu, prowadziłam bloga kosmetycznego, który szybko zyskiwał popularność. Usunęłam go po słowach mojej koleżanki, która uznała, że pisanie o kosmetykach jest głupie i płytkie. Teraz by mnie to nie ruszyło ale te kilka lat temu byłam bardziej wrażliwa na krytykę.
Stwierdziłam, że raz na jakiś czas będę się z Wami dzielić opiniami o tym i owym bo czemu nie 😊 W końcu jestem kobietą, czyta mnie wiele kobiet, więc to się jakoś składa do kupy. Prawda? 


3. Tak w powiązaniu do punktu poprzedniego, kupiłam sobie zestaw do wykonania manicure hybrydowego w domu.
Pamiętam jak rok temu z żalem rezygnowałam z hybryd ze względów finansowych. Chciałam ograniczyć swoje wydatki ze względu na kredyt hipoteczny i właśnie to poszło na pierwszy ogień. 
Uwielbiam mieć zadbane i ładnie pomalowane paznokcie, daje mi to ogromny komfort i dobrze wpływa na pewność siebie. Problem w tym, że żaden lakier na moich paznokciach się nie trzyma. Żaden. Dramat.
Przypadkiem dowiedziałam się, że Semilac sprzedaje zestawy startowe dla amatorów. Miałam jeszcze opory bo nie wiedziałam za bardzo jak będę te paznokcie ściągać. Moje postrzeganie trochę wypaczyło to, że do tej pory hybrydę miałam ściąganą za pomocą pilnika lub frezarki. Machanie pilnikiem mnie przerasta, a frezarką można sobie zrobić krzywdę  jeśli się na tym nie zna. Okazało się, że to naprawdę banalnie proste ale planuję na ten temat osobny post za jakiś czas, na który już Was zapraszam.


4. Również w oparciu o kosmetyczny bum (uprzedzałam, że mi odbiło) - przedłużyłam sobie rzęsy. Albo zagęściłam raczej bo moje z natury są długie. Po kiego czorta to zrobiłam? Z lenistwa. Mam tak, że do pracy bez makijażu oka nie pójdę. 😋 Oko ma być podkreślone i tyle. Zabawne bo wszędzie indziej chadzam bez makijażu, kompletnie nie mam z tym problemu.
Sęk w tym, że tenże makijaż oka odbierał mi 10 minut snu, a śpię zdecydowanie za mało i postanowiłam temu zaradzić. Zrobiłam rzęsy, które wyszły przecudownie naturalnie i to był naprawdę niezwykły komfort. Tym większy był mój zawód, kiedy okazało się, że jestem uczulona na klej, którym zostały przymocowane i żeby uniknąć nieprzyjemnych komplikacji, musiałam rzęsy zdjąć. 
Jak się to objawiało? Oczy mnie piekły. Upiornie. Szkoda mi bardzo ale nikt nie był w stanie przewidzieć alergii.


5. Joga już od lat krążyła w moich myślach. Z racji ograniczeń zdrowotnych muszę uważnie dobierać aktywności bo po niektórych nie czuję się dobrze, a po innych przypominam statystę z The Walking Dead.
Do jogi podeszłam na pełnym spontanie, odpaliłam YT i zaczęłam ćwiczyć. Na dywanie, bez maty, bez zastanowienia. Na pewno nie robiłam tego dobrze ale miałam to gdzieś. Po ćwiczeniach czułam się świetnie więc postanowiłam to kontynuować. Zamierzam iść na kilka zajęć z instruktorem ale póki co ćwiczę w domu. Już na macie :P i jestem coraz bardziej podekscytowana tym jak dobrze się później czuję. 
Właśnie sobie uświadomiłam, że nie mam żadnego zdjęcia z jogą związanego, wybaczcie. Nie będę teraz robić niczego na siłę.

To by było na tyle. Dzięki za uwagę 😉

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:

  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu



Komentarze

Popularne posty