Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Zbiornik #8 czyli nowości majowe i czerwcowe bo tak mi różowo

Dzisiaj mam dla Was zbiór nowości z maja i czerwca oraz polecajki do poczytania i pooglądania. Z opóźnieniem ale to u mnie już normalne 😀
Moją absolutną obsesją w maju stały się przekąski typu panini. Trafiłam na tą kanapkę przez przypadek,  byłam bardzo głodna,  a w kawiarni w której byłam umówiona z koleżanką nie było nic innego co wyglądało dla mnie na jadalne.  Spróbowałam więc i to jest to. Jem je co wieczór i ciągle  wprowadzam inne dodatki. Jednak mozzarella i rukola muszą być. To podstawa. Jednym słusznym dodatkiem wydaje się póki co  boczek. #teamboczek i tyle. Co gorsza w swój nałóg wprowadziłem Chomickiego i chyba będę miała na sumieniu nie tylko swoje nadprogramowe kilogramy.

Zabawne jest to,  że wcześniej wręcz nienawidziłam rukoli. Wydawała mi się obrzydliwa. Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez niej. Liczę na to że suma pozytywnych właściwości wszystkich składników,  których używam do robienia panini będzie równoważyła ich wady

Zaczęłam zabawę w ogród na balkonie…

Suseł Testuje: Philips Sonicare, Kallos Banana, Tołpa



W ostatnich miesiącach trafiło do mnie kilka produktów, z których jestem wyjątkowo zadowolona. Dwa były wynikiem intensywnego riserczu, a jeden spontanicznym zakupem na promocji. Do tej pory nie było u mnie wpisów stricte kosmetycznych i nie zamierzam zmieniać profilu bloga i zacząć paplać o mazidłach, ale te trzy rzeczy zwróciły moją uwagę na tyle, że chcę Wam o nich wspomnieć.


Elektryczna szczoteczka do zębów Philips Sonicare.
Ze szczoteczką elektryczną mam do czynienia już od kilku lat. Jestem zachwycona jej działaniem i na zwykłą szczoteczkę patrzę teraz krzywym okiem. Miałam do tej pory zwykłą, podstawową szczoteczkę Oral - B. Zmieniałam tylko rodzaje końcówek. Nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia, ale Sonicare to zupełnie inna bajka. W internetach możemy przeczytać, że:

"Szczoteczka soniczna należy obecnie do grona najlepszych szczoteczek elektrycznych. Swoją pozycję zawdzięczają połączeniu niezwykle szybkich ruchów włókien (o częstotliwości dźwiękowej) z zastosowaniem ruchu wymiatającego. To połączenie wyraźnie pomaga w skutecznym czyszczeniu  zębów. Fale dźwiękowe generowane przez szczoteczki soniczne rozchodzą się w płynie (woda, ślina) i generują powstawanie chmury bąbelków docierających do miejsc niedostępnych dla klasycznej szczoteczki. Wszystko to sprawia, że szczoteczki soniczne wyjątkowo skutecznie czyszczą powierzchnie zębów i przestrzenie między zębowe, a ponadto nie powodują recesji dziąseł i nadmiernego wycierania szkliwa."

Mam wersję podstawową ale są też inne z bajerami. Szczerze i uczciwie stwierdzam, że te bajery to zbytek. W końcu w myciu zębów chodzi o to, żeby je umyć ;) A soniczna szczoteczka Phillips Sonicare robi to doskonale.
Mega plusem jest bateria, na jedynym ładowaniu szczoteczka pracuje miesiąc (!) co było marzeniem przy szczoteczce Oral - B.
Nie napalałam się na widoczne wybielenie zębów bo w cuda nie wierzę (a mam kość żółtą z tendencją do ciemnienia, więc wybielanie jest dla mnie istotną kwestią) ale widzę minimalną różnicę. Minimalną ale jest czyli kolejny plus ;)



Odżywka do włosów Kallos Banana.
Już od jakiegoś czasu miałam na nią ochotę ale uparłam się, że najpierw zużyję wszystko co mam w domu. Kiedy wyskrobałam resztkę posiadanej odżywki z radością i w podskokach popędziłam do Hebe po Banana. Trafiłam na promocję i za opakowanie 1000 ml zapłaciłam 9,99 zł. Takie zakupy to ja rozumiem ;)
Odżywki Kallosa to dla mnie nie nowość, miałam już dwie z których byłam względnie zadowolona.
Z Banana jestem zadowolona na poziomie przekraczającym moje oczekiwania.


Rozjaśniam włosy, co nie wpływa na nie dobrze. Sezon jesienno - zimowo - wiosenny nie jest dla nich łaskawy bo końce często są ściśnięte szalikiem czy schowane pod bluzą (w pracy nadal ubieram się jak na sybiraka przystało) i wpływa to znacznie na ich kondycję. Czapek nie noszę bo nie znalazłam jeszcze takiej, w której czułabym się dobrze i która nie robiłaby z moich włosów imitacji mopa z lat 90 - tych. Dlatego też najbardziej problematyczne rejony to końcówki włosów oraz grzywka, która żyje własnym życiem i muszę ją codziennie opanowywać szczotą i suszarką. Staram się włosów nie suszyć, nie prostuję ich, nie modeluję, nie kręcę, Myję, schną same (poza anarchistyczną grzywką) i tyle. Od wielkiego dzwonu wyciągnę je na szczotce. 
Generalna kondycja włosów nie była zła ale po Bananie jest widoczna poprawa. Końce się nie rozdwajają i nie puszą. Włosy nie są przesuszone, ani zbyt mocno obciążone. Są w idealnej równowadze. Jestem absolutnie zachwycona! Tym bardziej, że pod względem ekonomicznym jest to świetny zakup. Nadal myję włosy odżywką więc ważne jest dla mnie, żeby to była dobra odżywka. No i ten zapach...



 Krem pod oczy Tołpa.
To jest właśnie ten spontaniczny zakup na promocji w Rossmanie. Skończył mi się krem pod oczy i już sięgałam po standardowe u mnie AA 30+, kiedy mój wzrok padł półkę wyżej. A tam Tołpa. Złotówkę tańsza. Wzięłam
Nie dla tej złotówki ;) Już od przygody z kremem BioIQ skłaniam się do coraz to bardziej naturalnego składu. Kremy AA jak do tej pory mnie satysfakcjonowały ale zauważam, że przestają mi wystarczać. Zamiast iść w stronę chemicznych wynalazków, wolę jednak postawić na naturę. Stąd właśnie decyzja o kupnie kremu pod oczy z Tołpy.
Krem ma za zadanie rozjaśniać cienie pod oczami i wygładzać. Z cieniami nigdy nie miałam większego problemu ale myślę, że mogą się już zacząć pojawiać więc zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, krem radzący sobie z tym problemem jest jak znalazł. Wygładzanie za to jest dla mnie bardzo istotne. Zmarszczki w okolicy oczu mam od zawsze bo po primo: często się śmieję i uśmiecham, po secundo: mam problemy ze wzrokiem, więc często marszczę twarz w nadziei, że wyostrzy mi to spojrzenie. Po trzydziestce moje lekkie zmarszczki przestały już tak lekko wyglądać i bez odpowiedniego kremu wyglądam na bardzo zmęczoną. Nawet jeśli nie jestem. Krem z Tołpy bardzo dobrze sobie radzi. Zmarszczki nie zniknęły, takich cudów nie ma, ale są mniej widoczne i tyle mi wystarczy. Skóra jest napięta i nawilżona i o taki efekt mi chodziło.
Firma urzekła mnie diagramem, który zamieścili w środku opakowania:



Nie wiedziałam, że skóra najlepiej przyjmuje kosmetyki odżywcze  między godziną 17 a 22, ani że potrzebuje 7 godzin snu. Takie małe odkrycie przy okazji, które nieco wpłynie na moją pielęgnację twarzy.


Przez ostatnie 3 dni śpię zdecydowanie więcej niż 7 godzin, co widać zarówno po włosach jak i skórze. Po zębach niespecjalnie ale jeszcze nikt nie opublikował teorii o wpływie snu na stan uzębienia, więc może o czymś nie wiem :) 
Jakichkolwiek kosmetyków i gadżetów byśmy nie używali, to jednak sen jest najlepszy dla naszego organizmu. Ma on czas na regenerację, nie musi zajmować się wszystkimi procesami, do których zmuszamy go w ciągu dnia.
Starajmy się więc spać jak najwięcej, znajdźmy optymalną dla siebie ilość godzin i trzymajmy się jej. Pilnujmy higieny snu i nie żałujmy go sobie. Wyspany organizm odwdzięczy nam się lepszym funkcjonowaniem w ciągu dnia. 


Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty