Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Zbiornik #7 i nowości kwietniowe czyli poobijane kolana i tenorzy

Kwiecień trwał dla mnie wyjątkowo długo. Pierwszy raz od dawna czuję,  że dobrze wykorzystałam swój czas. I to dobrze bo początek maja okazał się mało łaskawy i wredne choróbsko na tydzień wyłączyło mnie z życia. Wszystkie plany runęły, energia zniknęła,  a mózg zamienił się w watę.

Pisałam Wam o swoim słomiany wdowieństwie. Pierwszy raz byłam tak długo sama i wiem jak dziwnie to brzmi w przypadku kobiety trzydzieści plus. Niemniej nadszedł ten moment i stwierdzam, że jednak bym przeżyła sama ale nie chcę. Druga osoba zmienia całkowicie dynamikę domu i jestem w stanie tolerować okruszki w kuchni.

Te kilka dni odsapnięcia od bycia Panią Domu naprawdę świetnie mi zrobiło i każdej z Was to polecam. Taki detoks od gotowania, sprzątania i zajmowania się kimś choćby w najmniejszym stopniu. Ja i tak mam bardzo dobrze bo z Chomickim wszystkie obowiązki dzielimy na pół, a prasowanie na przykład to tylko jego domena. Ja się tego parującego narzędzia tortur dla drobiu domowego nie ty…

Najgorzej wydane pieniądze w życiu


Jakiś czas temu podzieliłam się z Wami moimi perełkami zakupowymi, z których jestem bardzo zadowolona. Jak każdy mam też na koncie wpadki finansowe, mniejsze lub większe. Generalnie zawsze podchodziłam do wydawania pieniędzy ostrożnie, każda decyzja była przemyślana. Jednak nie wszystko da się przewidzieć i właściwie ocenić. Na szczęście tego typu błędy nie zdarzają mi się często.
Po zakończeniu studiów, jako dumny posiadacz dyplomu magistra (w obrzydliwym, sraczkowatym kolorze), postanowiłam kontynuować swoją wiedzę i poszłam na studia podyplomowe. Nadal rozumiem przesłanki, które mną wtedy kierowały i przez to nie pluję sobie w brodę za tą decyzję. Nie za bardzo przynajmniej. Myślałam, że zdobędę papierek, dzięki któremu będę mogła prowadzić własną działalność (!), z domu (!) i być stosunkowo nadzianym Susłem. Ucieszyłam się, że nie muszę szukać podyplomówki w innym mieście, bo mają taką na uczelni, którą skończyłam. 
Po pierwszych zajęciach zaczęłam się zastanawiać czy to ma sens. Dalej brnęłam chyba z bezmyślnego uporu, że skoro coś zaczęłam, to muszę to skończyć. Okazało się, że ta konkretna podyplomówka była stricte dla osób już pracujących w zawodzie, które potrzebują wspomnianego wcześniej papierka. Dla kogoś, kto coś tam wie, ale potrzebuje poważnego pogłębienia wiedzy, była ona całkowicie bezużyteczna. Skończyło się tak, że z napisaną już pracą dyplomową zawaliłam ostatni egzamin (jak i cały mój rok) i nie zdecydowałam się na wyjazd do Szczecina na poprawkę. 

Wpadka numer dwa to przecudnej urody kawiarka Mukka Bialetti.
 Nasłuchałam się o niej na YT, naczytałam w necie, ciułałam grosik do grosika i w końcu kupiłam! Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi wydatek około 250 zł to nie jest problem. Dla mnie jest to duża kwota, nad którą myślę przez kilka dni. I nocy. 
Mućka urzekła mnie swoim wyglądem. Miała być alternatywą dla  ekspresu ciśnieniowego, na który wtedy chorowałam i nadal choruję. Zachwalana przez kilkanaście osób, które uznałam za wiarygodne, poddana wielu analizom i testom, miała spełnić moje marzenia o aromatycznym cappuccino.
Złamała mi serce. Kawa z niej smakuje tak samo jak z najtańszego ekspresu przelewowego, nijak ma się do cappuccino z ekspresu ciśnieniowego. Dawałam jej szansę za szansą. Myślałam, że może wydziwiam, ale nie. 
Nie spełniła moich oczekiwań nawet w najmniejszym stopniu. Ładnie wygląda i dlatego jeszcze się jej nie pozbyłam.
To by było na tyle. Nie ma dramatu jak widać ;) 

Dziękuję, że jesteś :) Jeżeli podobał Ci się ten wpis i chcesz poznać mnie bliżej:
  • polub Antyspołecznego Susła Obsesjonistę na Facebooku otrzymasz powiadomienie, o nowym poście tuż po jego publikacji,
  • podglądaj na  Instagramie dowiesz się co też Suseł wyrabia, co je, pije, czyta i gdzie się podziewa, kiedy nie ma go na blogu.

Komentarze

Popularne posty