Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Poza blogiem jest fajnie

Jakiś czas temu słuchałam podcastu Michała Szafrańskiego, w którym padło stwierdzenie, że jeśli bloger nie ma nic z prowadzenia bloga to traci motywację i najczęściej przestaje prowadzić bloga. 
Prawda.
Ja z prowadzenia bloga nie mam absolutnie nic i bardzo długo mi to nie przeszkadzało w jego prowadzeniu. Założyłam go z potrzeby pisania i dlatego trwał przez cały czas. Może się wydawać, że pisanie postów i prowadzenie bloga to nic takiego ale dopiero ten, kto sam spróbuje, wie że wymaga o sporego zaangażowania.
U mnie zaangażowanie bez motywacji nie występuje. Prawdą jest, że sama nie przykładałam się do rozwoju tego miejsca tak, jak teoretycznie powinnam. Ale! Blog nigdy nie był moim planem na życie. Nie wiązałam z nim rozwoju zawodowego czy planu na osiągnięcie jakiegoś dochodu. Nie spinałam się z powodu statystyk, nie próbowałam tworzyć zaangażowanej społeczności. Nie zamierzam tego robić nadal, a blog zostanie. Pisać będę ale tylko wtedy, kiedy odczuję taką potrzebę. Jeśli ze mną zo…

Sernik, który wychodzi... szybko



Jeśli chodzi o pieczenie ciast to już wspominałam, że wychodzi mi to różnie. Zazwyczaj ciasta nie wyrastają za wysokie. Sernik, o którym chcę Wam opowiedzieć nie musi wyrastać. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Jest to sernik bez mąki, prosty i szybki w przygotowaniu.

Składniki:
  • opakowanie twarogu 500 g., najlepiej gotowego bo po co się bawić z mieleniem. Ja stawiam na twaróg z Pilosa bo na nim wszystko zawsze mi wychodzi, na innych bywa różnie a i cena nie jest zbyt wysoka;
  • kostka masła 200 g., koniecznie masła - nie margaryny czy wyrobów masłopodobnych. Masło ma być tłuste i pachnące ;);
  • 4 duże lub 5 małych jajek;
  • budyń waniliowy, w moim przypadku bez cukru;
  • ksylitol zamiast cukru, daję pół szklanki bo nie lubię, kiedy jest zbyt słodki;
  • rodzynki, raz daję mniej, raz więcej, Zależy jak mnie najdzie;
  • proszek do pieczenia, tak około płaskiej łyżki.;
  • czekolada na polewę. Zazwyczaj robiłam swoją własną polewę z mleka, masła, ksylitolu i kakaa, ale niestety ze względu na ksylitol zamiast cukru, nie chce ona gęstnieć tak jak powinna.
Wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową. Najlepiej wyjąć je z lodówki godzinę wcześniej.

Samo przygotowanie jest naprawdę banalnie proste. Rodzynki namaczamy w gorącej wodzie, jajka rozdzielamy - osobno białka i żółtka. Białka chowamy do lodówki (dzięki temu łatwiej robi się sztywną pianę).


Do miski wrzucamy pokruszone masło i wlewamy żółtka.


Miksujemy wszystko przez chwilę po czym dodajemy suche składniki, czyli ksylitol (cukier) i proszek do pieczenia


Kiedy całość nabierze jednolitej konsystencji dorzucamy twaróg, ale nie całość na raz, tylko po kawałku.



Dorzucamy odsączone wcześniej rodzynki i mieszamy już delikatnie, ręcznie. 


Wyciągamy z lodówki zimne białka i przelewamy je do miski. Ja zawsze dodaję odrobinę soli, żeby przyspieszyć ubijanie. Nie ma co się bawić w robótki ręczne, bez miksera się nie obejdzie bo piana musi być sztywna. Sztywna na tyle, żeby nie wypadła z przechylonej miski.


Mieszanie białka i przygotowanej wcześniej masy jest momentem kluczowym. Robimy to ręcznie, koniecznie drewnianą łyżką, dodając po kawałeczku piany i bardzo delikatnie mieszając. W tym momencie nie można się spieszyć i iść na łatwiznę. Delikatne wymieszanie obu mas sprawia, że ciasto nabiera powietrza i jest jak nadmuchane. Po upieczeniu daje to fantastyczny efekt delikatności, dosłownie rozpływa się ja języku.



Widzicie te bąbelki powietrza? Jeśli użyjecie miksera albo metalowej łyżki, nie macie na nie szans.
Końcówka już tradycyjna. Wylewamy ciasto na blaszkę i wkładamy do piekarnika. W przypadku sernika nie używam papieru do pieczenia, smaruję ją cienko masłem i posypuję bułką tartą. 



Piekarnik musi być wcześniej nagrzany. Temperatury Wam nie podam bo mój cudowny piekarnik posiada pokrętło z cyferkami od 1 do 3 (zabiłabym pomysłodawcę, seriously), zamiast przyzwoitego oznaczenia temperatury. Ustawiam go na 2 i piekę sernik przez godzinę. Potem na 10 minut zmniejszam temperaturę na 1 po czym wyłączam piekarnik i lekko uchylam drzwiczki. Tam ciasto sobie stygnie. Być może warto jednak nie uchylać drzwiczek, może wtedy ciasto by nie opadło. 
Kiedy ciacho już całkiem ostygnie zajmujemy się polewą. Ja uwielbiam ciemną, niezbyt słodką i broń boże z czekolady mlecznej. Fuj...
Jeśli chcecie tak jak ja pobawić się w topienie czekolady to zróbcie to w kąpieli wodnej z dodatkiem mleka lub mleczka do kawy. Ilość dozujcie według uznania. 




Ciasto pokryte wystudzoną polewą wstawcie do lodówki i jeśli przetrwa 48 godzin to naprawdę Wam gratuluję ;)
Moje nie przetrwało.
Kiedy już go spróbujecie, zrozumiecie o co chodziło w moim truciu o delikatnym mieszaniu i drewnianej łyżce. Moje wyszło tak puchate, że ciężko je było kroić i rozlatywało się na kawałki. Zresztą widać to po zdjęciu głównym.
Smacznego :)
P.S.1 Kucharka ze mnie ne najwyższych lotów, przepis też nie autorski ale co tam, chciałam się nim z Wami podzielić.
P.S.2 Robiąc ciasto po raz kolejny zagapiłam się na mojego baranka na ścianie. Właścicielka naszego mieszkania o gładziach chyba nie słyszała i ściany mamy bardzo oryginalne. Akurat na wprost szafki, na której robiłam ciasto mam takiego właśnie stworka, wg mnie baranek ewentualnie dla feministek: owieczka. Jak sądzicie?



P.S.3 Z racji na to, że to ostatni przedświąteczny wpis życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt!

Komentarze

Popularne posty